Jak przechowujemy filament PLA w Pracowni — praktyczny przewodnik i nasze wnioski
inspiracje
Ostatnio wygrałyśmy kilka projektów i mocno doposażyłyśmy Pracownię w filament. Kiedy otwierałyśmy Pracownię, razem z drukarką trafiło do nas dziesięć kilogramowych rolek filamentu. Z entuzjazmu rozpakowałyśmy wszystko na start, żeby było pod ręką, a szpule wylądowały luzem w szufladach. To był moment, w którym jeszcze nie wiedziałyśmy, że filament nawet ten niewinny PLA chłonie wilgoć z powietrza i że wilgoć potrafi popsuć wydruk skuteczniej niż źle dobrany profil. Mokry materiał powoduje pstrykanie i syczenie w hotendzie, zostawia matową i chropowatą powierzchnię z drobnymi pęcherzykami, ciągnie nitki między elementami, pogarsza mostowanie i ostrość detali, obniża przyczepność warstw aż do pękania po liniach warstw, a do tego rozjeżdża wymiary i sprawia, że model traci powtarzalność.
Dziś mamy system, który działa i jest prosty. Otwarte szpule od razu wędrują do worków próżniowych, z których wyciągamy powietrze elektryczną pompką. Zestaw worki i pompkę kupiłyśmy na AliEspress. Do środka dokładamy żel krzemionkowy, wsypany do małych materiałowych woreczków, który dodatkowo zabezpiecza przed wilgocią, nawet gdyby worek się rozszczelnił.
Za punkty z grywalizacji Pracownie w Akcji poprosiłam o suszarkę do filamentu i to był strzał w dziesiątkę. Przed dłuższymi wydrukami suszymy PLA profilaktycznie, po dłuższym kontakcie z wilgocią robimy suszenie ratunkowe, a przy wymagających modelach prowadzimy filament bezpośrednio z suszarki, żeby nie złapał wilgoci w locie. Najlepiej sprawdza się temperatura w przedziale od 45 do 50 stopni, czas od czterech do sześciu godzin, a bardzo zawilgocone szpule potrzebują nawet ośmiu. Dobrze jest przewinąć kawałek zewnętrznej warstwy, bo to ona pije najwięcej, a przy dużych szpulach odwrócić je w połowie suszenia, żeby ciepło rozkładało się równomiernie. Suszarka pokazuje na ekranie poziom wilgotności i za wynik docelowy uznajemy 10 do 15 procent, do 20 procent jest jeszcze akceptowalne dla PLA, powyżej 25 procent traktujemy szpulę jako mokrą i dajemy jej pełny cykl suszenia, a przy odczytach powyżej 30 procent planujemy co najmniej sześć do ośmiu godzin. Nasze starsze szpule bywały właśnie powyżej 30 procent, więc różnica po suszeniu była natychmiast widoczna.
Zanim miałyśmy suszarkę, zdarzało mi się suszyć szpule w domu w piekarniku i to też działa, jeśli podejść do sprawy z głową. Klucz to realny termometr do piekarnika, bo pokrętła lubią mijać się z prawdą. Ustawiamy termoobieg i temperaturę od 45 do 50 stopni, kładziemy szpulę na kratce, w odstępie od ścian i grzałek, dajemy jej od czterech do sześciu godzin, co jakiś czas zerkamy i nie przekraczamy 55 stopni, bo PLA zaczyna mięknąć w okolicach sześćdziesięciu. Po suszeniu nie czekamy, tylko od razu pakujemy szpulę do worka próżniowego razem z żelem. To jest ten moment, w którym filament najchętniej napiłby się wilgoci na nowo.
Różnica między suchym, a mokrym PLA jest widoczna. Suchy PLA drukuje się równo i przewidywalnie, powierzchnie są gładkie, detale czystsze, mosty pewniejsze, a łączenie warstw solidniejsze.
Drukujemy tylko z PLA, a i tak same dobre nawyki w przechowywaniu i suszeniu zrobiły u nas różnicę jak dzień i noc. Otwieramy to, czego naprawdę potrzebujemy. Suszymy w sprawdzonych parametrach. Po wszystkim od razu pakujemy z powrotem do worka z żelem.